środa, 6 marca 2013

Zapisujemy dziecko do przedszkola



Zapisujemy dziecko do przedszkola



Marzec. Miesiąc ważnych decyzji. Gdy Gerard się urodził, wiedzieliśmy, że postaramy się o miejsce w przedszkolu, które jest najbliżej naszego mieszkania. Przedszkole państwowe, w nowym budynku, który dwa lata temu został oddany do użytkowania. Duży i nowoczesny plac zabaw. Och i Ach.
Gdy Gerard skończył rok, też tak myśleliśmy, zaczęły się sąsiedzkie rozmowy i plany, jak tu się dostać… Teoretycznie mamy niewielkie szanse, ponieważ jesteśmy regularną, sformalizowaną rodziną. Plan był taki, że będziemy się odwoływać do skutku. Jednak gdy Gerard skończył dwa latka, poważnie zaczęliśmy się rozglądać za odpowiednią placówką, nie dla jakiegoś tam dziecka, tylko dla Gerarda, który opanował alfabet w rok i cztery miesiące, w rok i dziesięć zaczął rysować głowonogi, jako dwulatek układał 70-elementowe puzzle.
Zadaliśmy sobie pytanie, na ile rozwój społeczny w dużej grupie jest ważny w wieku 3 lat? Czy na pewno chcemy go odizolować od zabaw, które go interesują, na rzecz kontaktów z rówieśnikami? Czy już jako trzylatek, w najmłodszej grupie będzie miał, jak to opisuje podstawa programowa, stworzone warunki do doświadczeń językowych, także do nauki czytania i pisania liter i cyfr? Gerard bardzo lubi zabawę autami i z pewnością całe dnie spędzałby na takiej właśnie zabawie, ale czy tego chcemy dla jego rozwoju? A może dałoby się połączyć rozwój ogólny, intelektualny i społeczny? ROZWÓJ!!!
Pedagogika Marii Montessori przeżywa obecnie prawdziwe odrodzenie, na całe szczęście, i my mieliśmy okazję poznać jej tajniki. Trudno po zapoznaniu się z metodą Montessori przejść wobec niej obojętnie. Tym bardziej, że niewątpliwie można się w niej doszukać korzeni nowego podejścia do wychowania dziecka w bliskości. Jak to, wychowanie bez kar i nagród? Jak to? Nie krzyczysz na dziecko? Jak to? Nie uczy się ono o na błędach??? Otóż uczy się i popełnia je 5 tysięcy razy, ale przy tym zdobywa cenne doświadczenie, które potem wykorzysta do rozwiązania dużo trudniejszych rzeczy. Jak to…?
O wychowaniu w bliskości najlepiej dowiadywać się bezpośrednio od osób, które je propagują. Zachęcam do zapoznania się z osobą p. Agnieszki Stein, która wszelkimi możliwymi drogami próbuje nam rodzicom uświadomić, jak ważna jest bliskość z naszym dzieckiem, jak bardzo fizjologiczna może się okazać i jak bardzo jest pomocna w prawidłowym rozwoju, także intelektualnym, naszego dziecka.
Wracając do Montessori, która już na przełomie XIX i XX w. dzięki swoim długoletnim obserwacjom i badaniom naukowym doszła do wniosku, że pierwsze 6 lat życia dziecka jest okresem największego rozwoju. Dziecko przypomina wówczas gąbkę, która chłonie niemal wszystko, od nauki języka począwszy, przez samodzielność w codziennym życiu, aż do nauki odnalezienia się w każdej sytuacji. To wtedy już tworzy się, najpierw niedojrzały, ale jednak światopogląd. Dziecko swoimi małymi oczkami obserwuje nas bardzo szczegółowo, analizuje nasze zachowanie i uczy się, jak reagować w każdej — nie tylko trudnej — sytuacji. Zadaje pytania, na które oczekuje prawdziwej odpowiedzi… ODPOWIEDZI.
Zachęcam do zapoznania się z książką The Absorbent Mind. Niestety nie została ona do tej pory wydana w języku polskim, dlatego polecam stronę rodziców zafiksowanych na punkcie Montessori, którzy poświęcili dużo czasu na streszczenienam tej pozycji.
To dzięki podpowiedzi na pytanie „co to?” Gerard nauczył się alfabetu. Może trudno w to uwierzyć, ale to „co to?” (wtedy potrafił jeszcze powiedzieć tylko „tata”, „mama” i naśladować odgłosy zwierząt) powtarzał co dzień przez dwa tygodnie, po których nieświadomi niczego rodzice zorientowali się, że syn ich rozpoznaje niemal cały alfabet. Niezwykłe były spacery z Gerardem, gdy nasze trasy przebiegały od jednego samochodu/numeru rejestracji do kolejnego. Żeby utrzymać jego chęć rozpoznawania znaków graficznych, zaopatrzyliśmy się w kilka fajnych pomocy jak: „Układanka dydaktyczna abecadło” (wyd. Adamigo, cena ok. 15 zł), alfabet magnetyczny — małe i wielkie litery (cena ok. 12 zł), książeczka "Poznajemy litery", w której litery są zaprezentowane w formie pisanej i drukowanej (cena ok. 8 zł); potem przyszedł czas na bardziej skomplikowane działania, np. układanka alfabet (cena ok. 12 zł) i oczywiście komputer i zabawy z klawiaturą. Aż trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której na pytanie mojego synka odpowiadam: „Idź się bawić, oglądam serial”. 


 


            



 No właśnie, zostaliśmy zdecydowanie przebodźcowani. Już jakiś czas temu zdecydowaliśmy, że Gerard powinien mieć tę szansę naturalnego swobodnego rozwoju we własnym, niczym nieskrępowanym tempie i tylko Montessori może mu to umożliwić. Zatem poszukiwania najbliższego przedszkola prowadzonego metodą Montessori rozpoczęły się na dobre. 


Jest, znaleźliśmy przedszkole oddalone od domu o ok. 5 km, 10 min samochodem, 35 min autobusem (niestety z przesiadką). Obejrzeliśmy je, zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Cisza, spokój, gromadka dzieci pochłoniętych swoimi zadaniami. Dwie nauczycielki, które były, ale mieliśmy wrażenie, że to właśnie dzieci były tam liderami. Nauczycielki — towarzyszki. Gerard od razu wszedł do grupy, przez godzinę został w niej bez rodziców i był naprawdę spełniony.
Przedszkole Montessori to miejsce, w którym spotykają się dzieci w różnym wieku. Dzieci, które co dzień przygotowują swoje posiłki, mając niespełna 3 latka same nalewają sobie zupę, które same odnoszą brudne naczynie we wskazane miejsce. Dzieci, które bez musztry wiedzą, jak się zachować w każdej sytuacji, nawet gdy do grupy wchodzi NOWY. Gerardem od razu zajął się Franek, który prezentował mu kolejne zabawy. Tak, nauczyciel był obecny, ale obserwował i interweniował tylko, gdy sytuacja naprawdę tego wymagała. Grupy są przemieszane wiekowo, tak aby młodsi uczyli się od starszych, a starsi uczyli się, jak pomagać młodszym. To miejsce, w którym cztero–pięciolatki rozwiązują działania na dodawaniu i odejmowaniu, tylko dlatego, że tego chcą. Teraz Ach i Och stało się prawdziwe.

Wiem, logistycznie będzie trudno, codzienne dowożenie, odbieranie, warszawskie korki. Żeby mieć pewność, że nasza decyzja jest dobra, odwiedziłam kilka okolicznych przedszkoli. A potem dotarłam jeszcze do wykładudr. Stevena J. Hughesa, neuropsychologa dziecięcego, lekarza, który w swoim wystąpieniu wielokrotnie podkreśla atuty metody Montessori i udowadnia jej naturalność. Po obejrzeniu wykładu zadzwoniłam do przedszkola Montessori, aby ostatecznie zapisać do niego Gerarda.
 A teraz wypatrujemy września, a ten dopiero za pół roku.

czwartek, 7 lutego 2013

Zwierzątka


Wielkie miasto ma to do siebie, że  krówkę czy świnkę na żywo zobaczyć trudno. Zatem książka. 

Nie sugeruję, wybór jest tak duży, że niemal w każdej księgarni można zakupić egzemplarz z fotografiami a nie z rysunkami zwierząt. Do książeczek udało mi się dokupić figurki.




 Zależało mi na tym, żeby figurki nie były straszne. Znalazłam "uśmiechnięty" zestaw zwierząt domowych, wykonanych z gumowego, twardego tworzywa. Małe ząbki na pewno nie odgryzą ogonka lub kopytka. Przy zakupie zwierząt zależało mi na zachowaniu proporcji między nimi i tak, koń, osioł i krowa są zbliżone gabarytowo, natomiast świnka, owieczka i pies są zauważalnie mniejsze.
 
Gerard dzięki temu, że mógł dotykać i dowolnie manipulować figurkami, mógł oprócz naśladowania ich odgłosów nauczyć się części ich ciała. To, że mógł po prostu wziąć je do ręki na prawdę miało znaczenie.

Jeszcze jedno, aby dodać wartości zestawowi zwierzątek, warto je trzymać w oddzielnym koszyczku w bliskim dostępie do książeczek z ich wizerunkami. To zaskakujące ile razy wciągu dnia Gerard brał koszyczek ze zwierzątkami i wyszukiwał konkretnych zwierząt w książeczkach.

 Nasz zestaw zakupiliśmy w sklepie Nygus na warszawskim Bródnie ale jest dostępny także na allegro. 
Koszt ok 15 zł.


piątek, 18 stycznia 2013



Mam bardzo dużo pomysłów i ilekroć próbuję napisać nowy post, przypominają mi się kwestie, które warto poruszyć. Gdy pisałam o dywanie, od razu chciałam napisać o łóżeczku, jak wg. Montessori można urządzić pokój małego dziecka, ale... dziś ustąpi to miejsca kolejnej zabawce. 

Nawlekanka

Zawsze zwracam uwagę na wartość edukacyjną zabawki, jakie umiejętności pozwala opanować, o jakości materiałów, z jakich jest zrobiona, nawet nie wspomnę. W ubiegłym roku przed Gwiazdką szukałam czegoś do nawlekania. Wtedy Gerard miał 1 rok i 2 miesiące. Przejrzałam wiele ofert przeróżnych sklepów, ale gdy natknęłam się na samochody do nawlekania, wiedziałam, że to będzie dobry wybór.



Samochody są wykonane z drewna, duże, ok. 5 cm, łatwo je chwytać, mają duży otwór a sznurek jest zakończony grubą drewnianą igłą. Gerard od razu zainteresował się tą zabawką, nie ukrywam, że wabikiem był kształt koralików (12 samochodów w jednej paczce). Raj dla młodych samochodziarzy.

Nawlekanie nie sprawiło mu problemów, wystarczyła krótka prezentacja i maluch od razu zabrał się do dzieła. Samochodziki to był prawdziwy hit, Gerard nadal wykorzystuje je w swoich zabawach.


Samochód to samochód, nawet gdy jest z drewna i kółka się w nim nie kręcą, inspiruje do wielu zabaw.

Nasz zestaw to zabawka firmy Alex, dostępna w sklepach internetowych lub na allegro. Koszt ok. 50 zł.






środa, 16 stycznia 2013


dywan 

Dzisiaj postanowiłam napisać trochę o początkach tych naszych zabaw i zabawek. Nasze dziecię nie potrzebowało leżaczków, bujaczków i innych rzeczy uniemożliwiających swobodny rozwój. Gdy Gerard się urodził kupiliśmy dywan. Wylądował na nim już po pierwszym miesiącu (gdy już bardziej panował nad swoimi kończynami). On był na dywanie szczęśliwy, gdyż bodźców z zewnątrz co niemiara, a ja mogłam robić wszystko inne. 

W dywanowych szaleństwach pomocnikiem była mata edukacyjna, którą Gerard dostał od Cioci Asi. Cokolwiek na niej wieszaliśmy Gerard zaraz próbował się tym bawić. Do 6 miesiąca mata była najlepszym sposobem na tzw. czas wolny. 

Jeśli chodzi o zakup maty - pełna dowolność. Dodam tylko, że w przypadku naszego brzdąca, musiałam poodpruwać wszelkie przymocowane do kocyka elementy. Gerard zaczepiał o nie nóżkami albo głową, strasznie się przy tym denerwował.


Pisze o tym ponieważ chciałam zwrócić uwagę na fakt, że warto jest dać szanse dziecku do samorozwoju, tak aby jego ruchy nie były niczym skrępowane.  My postanowiliśmy mu dać swobodę, postawiliśmy na samodzielność. Naturalnie zawsze kontrolowaliśmy tę jego samodzielność, żeby było bezpiecznie i zdrowo:)

Denerwuję się na widok dziecka w leżaczku, mam wrażenie, że słyszę jego myśli jak woła - "uwolnijcie mnie stąd, chce zobaczyć co jest za tym wystającym brzegiem leżaczka!!".


wtorek, 15 stycznia 2013

na dobry początek

Zaczęło się. Może dlatego, że blogowanie jest "na topie", a może dlatego, że wielu nowych rzeczy się dowiaduje przeglądając inne blogi.


Jestem mamą i wychowujemy się z synkiem na wzajem już ponad dwa lata. Jakiś czas temu powróciłam myślami do wyuczonego zawodu i ponownie zaczęłam odkrywać świat Montessori. To właśnie Gerard (syn) skłonił mnie do ponownego poszukiwania. 

Oczywiście mój syn jest GENIUSZEM, to ja muszę za nim nadążyć. 

Moje zapiski będą dotykały wielu tematów. Postanowiłam zacząć od zabawek, które uważam za dobre i wartościowe.
zabawki

drewno i jeszcze raz drewno. Proste wybory. Drewno jest przyjazne bo naturalne, łatwo nim operować, ponieważ ma tez swój ciężar, nie łatwo go zepsuć bo ma dosyć zbitą strukturę. Pierwsze zabawki, które zakupił Pan A. (mąż ukochany) to drewniany zestaw instrumentów perkusyjnych.

 Gerard dorastał do nich stopniowo, ale już wieku 6 miesięcy zainteresował się uderzaniem pałeczkami w dzwonki.

Podpowiem, że najlepsze zestawy instrumentów perkusyjnych dla dzieci odkryłam w ofercie Lidla. Pojawiają się tylko raz w roku w listopadzie, ale warto zaplanować sobie ich zakup. Koszt zestawu ok. 40 zł.











Bębenek nie należy do zestawu ale o nim w innym poście.



Kolejną zabawką tym razem zakupioną przeze mnie była kolorowa piramidka firmy SMIKI.


Dostępna w sklepach Smyk. Cena ok 30 zł.. 
Kolorowa pierścienie nasadzane na drewniany drążek, tu ciekawostka: drążek jest przymocowany do podstawy za pomocą gumki, dlatego gdy dziecko przewróci się na stelaż wieży, on się po prostu złoży, w moim przypadku obawy dotyczące "nadziania się" na niebezpieczny przedmiot po prostu zniknęły. Pierścienie są w intensywnych kolorach. Zabawka bardzo dobrze wykonana i daje dziecku możliwości eksperymentowania i nakładania pierścienie według jego własnego "widzimisię". Kształtowanie pojęcia wielkości i nasadzanie pierścienie od największego do najmniejszego proponuję rozpocząć w okolicy drugich urodzin. Po dwóch latach używania zabawki są ślady po zębach, ale jako wgłębienie (farba nie odpryskuje). Gerard  odkrył wieżę w wieku 10 miesięcy potrafił nieprzerwanie przez 40 minut zajmować się nasadzaniem pierścieni. Podejmował wiele prób i za każdą nieudaną wściekał się całym sobą, ale po chwili brał krążek ponownie i próbował. Sukces też pokazywał całym swoim ciałem. (postaram się wrzucić krótki film ze zmaganiami z wieżą, jednak teraz mój komputer ma z tym jakiś problem).

Podpatrzyłam wiele podobnych zabawek, jednak muszę ostro skrytykować zabawki plastikowe o stożkowatym drążku. Obserwowałam Gerarda gdy próbował nasadzić pierścienie na stożek, nie wychodziło mu to, ponieważ w takiej zabawce kolejność nasadzania pierścieni jest z góry określona, jako roczniaczek a nawet dwulatek nie odnosił sukcesu i do tej zabawki nie chciał wracać. 

Na początek chyba wystarczy, mam nadzieje, że wkrótce pojawi się kolejny post a potem następne...