Zapisujemy dziecko do przedszkola
Marzec.
Miesiąc ważnych decyzji. Gdy Gerard się urodził, wiedzieliśmy, że postaramy się
o miejsce w przedszkolu, które jest najbliżej naszego mieszkania. Przedszkole
państwowe, w nowym budynku, który dwa lata temu został oddany do użytkowania.
Duży i nowoczesny plac zabaw. Och i Ach.
Gdy
Gerard skończył rok, też tak myśleliśmy, zaczęły się sąsiedzkie rozmowy i plany,
jak tu się dostać… Teoretycznie mamy niewielkie szanse, ponieważ jesteśmy
regularną, sformalizowaną rodziną. Plan był taki, że będziemy się odwoływać do
skutku. Jednak gdy Gerard skończył dwa latka, poważnie zaczęliśmy się rozglądać
za odpowiednią placówką, nie dla jakiegoś tam dziecka, tylko dla Gerarda, który
opanował alfabet w rok i cztery miesiące, w rok i dziesięć zaczął rysować
głowonogi, jako dwulatek układał 70-elementowe puzzle.
Zadaliśmy
sobie pytanie, na ile rozwój społeczny w dużej grupie jest ważny w wieku 3 lat?
Czy na pewno chcemy go odizolować od zabaw, które go interesują, na rzecz
kontaktów z rówieśnikami? Czy już jako trzylatek, w najmłodszej grupie będzie
miał, jak to opisuje podstawa programowa, stworzone warunki do doświadczeń
językowych, także do nauki czytania i pisania liter i cyfr? Gerard bardzo lubi
zabawę autami i z pewnością całe dnie spędzałby na takiej właśnie zabawie, ale
czy tego chcemy dla jego rozwoju? A może dałoby się połączyć rozwój ogólny,
intelektualny i społeczny? ROZWÓJ!!!
Pedagogika
Marii Montessori przeżywa obecnie prawdziwe odrodzenie, na całe szczęście, i my
mieliśmy okazję poznać jej tajniki. Trudno po zapoznaniu się z metodą
Montessori przejść wobec niej obojętnie. Tym bardziej, że niewątpliwie można
się w niej doszukać korzeni nowego podejścia do
wychowania dziecka w bliskości. Jak to, wychowanie bez kar i nagród? Jak to?
Nie krzyczysz na dziecko? Jak to? Nie uczy się ono o na błędach??? Otóż uczy
się i popełnia je 5 tysięcy razy, ale przy tym zdobywa cenne doświadczenie,
które potem wykorzysta do rozwiązania dużo trudniejszych rzeczy. Jak to…?
O
wychowaniu w bliskości najlepiej dowiadywać się bezpośrednio od osób, które je
propagują. Zachęcam do zapoznania się z osobą p. Agnieszki Stein, która
wszelkimi możliwymi drogami próbuje nam rodzicom uświadomić, jak ważna jest
bliskość z naszym dzieckiem, jak bardzo fizjologiczna może się okazać i jak
bardzo jest pomocna w prawidłowym rozwoju, także intelektualnym, naszego
dziecka.
Podaję
link do wywiadu z A. Stein: http://dziecisawazne.pl/skad-sie-wzielo-attachment-parenting/.
Wracając
do Montessori, która już na przełomie XIX i XX w. dzięki swoim długoletnim
obserwacjom i badaniom naukowym doszła do wniosku, że pierwsze 6 lat życia
dziecka jest okresem największego rozwoju. Dziecko przypomina wówczas gąbkę,
która chłonie niemal wszystko, od nauki języka począwszy, przez samodzielność w
codziennym życiu, aż do nauki odnalezienia się w każdej sytuacji. To wtedy już
tworzy się, najpierw niedojrzały, ale jednak światopogląd. Dziecko swoimi
małymi oczkami obserwuje nas bardzo szczegółowo, analizuje nasze zachowanie i
uczy się, jak reagować w każdej — nie tylko trudnej — sytuacji. Zadaje pytania,
na które oczekuje prawdziwej odpowiedzi… ODPOWIEDZI.
Zachęcam
do zapoznania się z książką The Absorbent
Mind. Niestety nie została ona do tej pory wydana w języku polskim, dlatego
polecam stronę rodziców zafiksowanych na punkcie Montessori, którzy poświęcili
dużo czasu na streszczenienam tej pozycji.
To
dzięki podpowiedzi na pytanie „co to?” Gerard nauczył się alfabetu. Może trudno
w to uwierzyć, ale to „co to?” (wtedy potrafił jeszcze powiedzieć tylko „tata”,
„mama” i naśladować odgłosy zwierząt) powtarzał co dzień przez dwa tygodnie, po
których nieświadomi niczego rodzice zorientowali się, że syn ich rozpoznaje niemal
cały alfabet. Niezwykłe były spacery z Gerardem, gdy nasze trasy przebiegały od
jednego samochodu/numeru rejestracji do kolejnego. Żeby utrzymać jego chęć
rozpoznawania znaków graficznych, zaopatrzyliśmy się w kilka fajnych pomocy
jak: „Układanka dydaktyczna abecadło” (wyd. Adamigo, cena ok. 15 zł), alfabet
magnetyczny — małe i wielkie litery (cena ok. 12 zł), książeczka "Poznajemy litery", w której
litery są zaprezentowane w formie pisanej i drukowanej (cena ok. 8 zł); potem
przyszedł czas na bardziej skomplikowane działania, np. układanka alfabet (cena
ok. 12 zł) i oczywiście komputer i zabawy z klawiaturą. Aż trudno mi sobie
wyobrazić sytuację, w której na pytanie mojego synka odpowiadam: „Idź się
bawić, oglądam serial”.

No właśnie, zostaliśmy zdecydowanie przebodźcowani. Już jakiś czas temu
zdecydowaliśmy, że Gerard powinien mieć tę szansę naturalnego swobodnego
rozwoju we własnym, niczym nieskrępowanym tempie i tylko Montessori może mu to
umożliwić. Zatem poszukiwania najbliższego przedszkola prowadzonego metodą Montessori
rozpoczęły się na dobre.
Jest,
znaleźliśmy przedszkole oddalone od domu o ok. 5 km, 10 min samochodem, 35 min autobusem
(niestety z przesiadką). Obejrzeliśmy je, zakochaliśmy się od pierwszego
wejrzenia. Cisza, spokój, gromadka dzieci pochłoniętych swoimi zadaniami. Dwie
nauczycielki, które były, ale mieliśmy wrażenie, że to właśnie dzieci były tam
liderami. Nauczycielki — towarzyszki. Gerard od razu wszedł do grupy, przez
godzinę został w niej bez rodziców i był naprawdę spełniony.
Przedszkole
Montessori to miejsce, w którym spotykają się dzieci w różnym wieku. Dzieci,
które co dzień przygotowują swoje posiłki, mając niespełna 3 latka same
nalewają sobie zupę, które same odnoszą brudne naczynie we wskazane miejsce.
Dzieci, które bez musztry wiedzą, jak się zachować w każdej sytuacji, nawet gdy
do grupy wchodzi NOWY. Gerardem od razu zajął się Franek, który prezentował mu
kolejne zabawy. Tak, nauczyciel był obecny, ale obserwował i interweniował
tylko, gdy sytuacja naprawdę tego wymagała. Grupy są przemieszane wiekowo, tak aby
młodsi uczyli się od starszych, a starsi uczyli się, jak pomagać młodszym.
To miejsce, w którym cztero–pięciolatki rozwiązują działania na dodawaniu i
odejmowaniu, tylko dlatego, że tego chcą. Teraz Ach i Och stało się prawdziwe.
Wiem,
logistycznie będzie trudno, codzienne dowożenie, odbieranie, warszawskie korki.
Żeby mieć pewność, że nasza decyzja jest dobra, odwiedziłam kilka okolicznych
przedszkoli. A potem dotarłam jeszcze do wykładudr. Stevena J. Hughesa, neuropsychologa dziecięcego, lekarza,
który w swoim wystąpieniu wielokrotnie podkreśla atuty metody Montessori i
udowadnia jej naturalność. Po obejrzeniu wykładu zadzwoniłam do przedszkola Montessori,
aby ostatecznie zapisać do niego Gerarda.
A teraz wypatrujemy września,
a ten dopiero za pół roku.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz